Zielona Wyspa i Korona Europy

Projekt Korona Europy narodził się z prostej idei: połączyć pasję do podróży z miłością do gór. Dlatego też chęć zrobienia przeze mnie Korony Europy to coś więcej niż zwykłe zdobywanie gór. To możliwość poznania kraju od jego najbardziej naturalnej, dzikiej strony, kontaktu z przyrodą, lokalnymi ludźmi i historią regionów. Każdy szczyt to nie tylko cel fizyczny, ale też pretekst, by zgłębić kulturę i klimat miejsca, dzielić się doświadczeniem i inspirować innych do wyruszenia w swoją własną przygodę.
W tym roku pierwszy etap projektu przeniósł mnie na Zieloną Wyspę – Irlandię. Tu, w dzikiej naturze jej południowo-zachodniego wybrzeża, zaczęła się przygoda, którą chcę Wam opowiedzieć.

Irlandia zimą to nie jest kierunek, który od razu przychodzi do głowy. Deszcz potrafi padać cały dzień, temperatura waha się w okolicach 7–9 °C, a słońce pojawiło może kilka razy. Jednakże to właśnie o tej porze roku, można poczuć w pełni, czym jest Zielona Wyspa. A Irlandia zimą to prawdziwa kraina kontrastów: surowe góry, jeziora odbijające mgły, wietrzne wybrzeża i kamienne wioski, w których czas zdaje się płynąć wolniej. To miejsce, gdzie można naprawdę poczuć przestrzeń – wędrować po dzikich szlakach, słuchać własnych kroków i szumu wiatru, odkrywać porośnięte mchem ruiny zamków czy klasztorów i poczuć, że wszystko dzieje się tylko dla Ciebie.
Wizyty w takim kraju trudno nie planować z wyprzedzeniem – chociażby dlatego, żeby wiedzieć, jak się poruszać, gdzie nocować i na co uważać na szlakach. Nawet jeśli główną atrakcją jest dzika przyroda, dobrze jest mieć w zanadrzu kilka praktycznych informacji – dzięki temu można w pełni cieszyć się tym, co Wyspa ma do zaoferowania.

Miejsca
Celem mojej podróży było południowo-zachodnie wybrzeże wyspy: urokliwe, słynące ze świetnej kuchni, rybackie miasteczko Kinsale, oraz Cork – tętniące życiem centrum kulturalne pełne muzyki, teatru i festiwali.
Przede wszystkim podróżowałem jednak po hrabstwie Kerry – wielu uważa je za “najbardziej irlandzki” region Irlandii. Na mojej drodze znalazły się: piękne miasteczko Killarney, leżące na granicy Parku Narodowego Killarney – pełnego jezior, gór, wodospadów i ruin zamków. Nie zabrakło też słynnej trasy Ring of Kerry, czyli przejazdu dookoła całego hrabstwa, a punktem kulminacyjnym było zdobycie najwyższej góry Irlandii – Carrantuohill.
Kilka miejsc, które naprawdę warto odwiedzić:
● Fort Charles (Kinsale) – jedna z największych XVII-wiecznych twierdz w kraju.
● Sin É (Cork) – miejsce, obok którego nie da się przejść obojętnie. Bar z 1889, znany z niesamowitego wystroju (witraże), muzyki granej codziennie na żywo przez rodzimych muzyków, oraz świetnej kuchni
● Muckross Abbey (Killarney) – XIV-wieczne opactwo w sercu Parku Narodowego Killarney. Zachowane w świetnym stanie, dostępne bezpłatnie i bez ograniczeń.
● Waterville – przepiękna wioska położona na przesmyku między Atlantykiem a jeziorem Lough Currane.
● The Lobster Bar & Restaurant (Watterville) – zakochałem się w tej knajpie. Ogień płonący w kominku, w telewizji lecące wyścigi konne, za oknem fale Oceanu Atlantyckiego rozbijające się o klify, a jedzenie… takie, że będę o nim opowiadać wnukom ;)
● Przyroda, góry i małe wioski – nie da się tego opisać słowami. Trzeba po prostu tam być.

Transport:
Wbrew opinii wielu osób, transport w Irlandii jest całkiem dobrze rozwinięty:
● Busy – mój główny środek transportu. Duża ilość połączeń, większość miejsc jest dobrze skomunikowana. Rozkłady w Mapach Google działają bez zarzutu. Małe utrudnienie: różni przewoźnicy, różne ceny i zasady zniżek. Na szczęście bilety można kupić w aplikacji TFI Go.
● Pociągi – kilka linii kolejowych, dość drogie, więc nie korzystałem.
● Samochód – świetna opcja. Na kolejny wyjazd na Zieloną Wyspę na pewno wybiorę auto. Dużo wypożyczalni, gęsta sieć dróg, kempingi, parkingi i leśne drogi, gdzie można się zatrzymać za zgodą właściciela.
● Autostop – ku mojemu zaskoczeniu działa świetnie. Nigdy nie czekałem dłużej niż 20 min, a kierowcy często podwozili mnie dalej, niż planowali.

Noclegi
● Pod dachem – w Irlandii popularne są B&B (Bed & Breakfast). Część domu lokalnych mieszkańców przeznaczona jest na pokoje z łazienkami, rano podawane jest śniadanie. Doświadczenia bywają różne – czasem świetnie jak np. na naszym pierwszym noclegu: czysto, duży pokój, przystępna cena, pyszne śniadanie, klimatyczny dom. Z kolei na drugim było fatalnie: brak ogrzewania, zimna woda, brak klucza do pokoju, co skutkowało spacerami właściciela po pokoju podczas naszej nieobecności.
Dlatego warto rozważyć też hotele i hostele – często taniej i z wyższym standardem. A za zaoszczędzoną kwotę zjecie o wiele lepsze śniadanie na mieście.
● Na dziko – 95 % terenów w Irlandii to własność prywatna. Najprościej podejść do najbliższego gospodarstwa i zapytać gospodarza o zgodę na rozbicie namiotu. Prawie na pewno dostanie się ją lub namiar na właściciela terenu. Jeśli jesteś na pustkowiu i rozbijasz namiot o zmierzchu, a zwiniesz o świcie, raczej nikt nie zrobi problemu (chyba że wypasające się owce).
Szlaki
Nie są najlepiej oznaczone, trzeba mieć mapy, nawigację, telefon i powerbank. Pogoda w dzikich terenach Irlandii potrafi bardzo utrudnić orientację. W dzikich rejonach Irlandii jest problem z zasięgiem, dlatego warto być wyposażonym w mapy offline.
Ludzie
Irlandczycy są odbiciem Twojego nastawienia: jeśli jesteś miły i pomocny – oni też. Jeśli nie – nie licz na ciepłe przyjęcie.
Pogoda
Jako że byliśmy w lutym – pogoda nie rozpieszczała. Temperatury 7–9 °C (odczuwalne 2–3 °C), wiatr, ciągłe deszcze: mżawka, ulewa, grad… czasem wszystko na raz. Na pięciodniowy wyjazd może dwa dni widzieliśmy choć trochę słońca.

Korona Europy: Carrantuohill
Najwyższy szczyt Irlandii, w paśmie Macgillycuddy’s Reeks (po irlandzku Na Cruacha Dubha, czyli „czarne szczyty”). Wysokość Carrantuohill to 1039 m n.p.m. Niby niewiele, ale droga na szczyt zaczyna się praktycznie z poziomu morza. Ponadto budową przypominają Tatry Zachodnie: charakterystyczne są tu wysokie, średnio strome grzbiety oraz szerokie granie. Ważną informacją jest, iż na Carrantuohill do 2017 zginęło ponad 50 osób, co z pewnością zmienia spojrzenie na tę górę.
Największym niebezpieczeństwem w przypadku Carrantuohill są dwie składowe: pogoda i budowa geologiczna. Częste mgły, deszcze, grad, lokalne połacie śniegu powodują, że trzeba zdobywać tę górę z naprawdę dobrze skompletowanym sprzętem. Jeśli chodzi o budowę góry, mowa tu o piargach, w których sypki teren przekłada się na wiele wypadków.
Nasza wyprawa
Zaczęliśmy od 10 km nocnego trekkingu w środę wieczorem z Beaufort – do bazy kempingowej niedaleko Carrantuohill (Cronins Yard). Jako że był to luty oraz środek tygodnia, przez całą drogę nie spotkaliśmy żywej duszy. Rozbiliśmy namiot na skraju pola i skoro świt ruszyliśmy na szczyt.
Nasza wyprawa
Zaczęliśmy od 10 km nocnego trekkingu w środę wieczorem z Beaufort – do bazy kempingowej niedaleko Carrantuohill (Cronins Yard). Jako że był to luty oraz środek tygodnia, przez całą drogę nie spotkaliśmy żywej duszy. Rozbiliśmy namiot na skraju pola i skoro świt ruszyliśmy na szczyt.
Droga prowadziła przez strumienie, mostki, płoty oddzielające tereny prywatne. Ciągle padało.
Po minięciu dwóch jezior – Lough Gouragh i Lough Callee – doszliśmy do największego wyzwania: Devil’s Ladder. Jest to długi (ok.1 km), stromy (350m przewyższenia), kamienisty żleb. To tu zdarza się większość wypadków na Carrantuohill. Sam w sobie jest wymagający, a podczas naszej wędrówki z powodu ciągłego deszczu, płynął tam do tego całkiem solidny strumień.
Z przełęczy szeroka grań prowadzi już na szczyt, ale gęsta mgła, wiatr i deszcz nie sprzyjały szybkiemu marszowi. Po zdobyciu szczytu nie wracaliśmy tym samym szlakiem, tylko zeszliśmy w dolinę po drugiej stronie. Po pokonaniu ostrej grani prowadzącej na drugi irlandzki tysięcznik – Caher – zaczęliśmy długą drogę w dół.
Niższe partie góry Caher były bardzo błotniste, pełne wymytych przez deszcz głębokich kanałów. Na parkingu byliśmy około godziny 16. Całość trasy: ~14 km i ponad 1000 m przewyższenia.

Co wziąć ze sobą na taką wyprawę?
Ze względu na pogodę i charakter wyprawy musieliśmy mieć ze sobą wszystko, co potrzebowaliśmy na cały wyjazd. W większości nasz sprzęt opierał się o przygotowaną przez ekipę Tuttu listę sprzętową na trekking w górach: oczywiście dopasowaną pod nasze potrzeby.
Co się nam sprawdziło?
1. Moje towarzyszki zdecydowały się na RUSH TRK GORE-TEX WOMEN, a ja z kolei TX GUIDE LEATHER MEN. Obydwa modele, pomimo różnej specyfikacji, świetnie odnalazły się w tak zróżnicowanym terenie. Wspinaczka po mokrej skale, długie trekkingi z obciążeniem: obydwa modele zapewniają świetną przyczepność, bardzo dobrą wentylację oraz genialną amortyzację. Irlandzkie deszcze potwierdziły jednak jedną prawdę: jeśli przez kilku dni deszcz pada z każdej strony, to żadne buty (zarówno z Goretex, jak i bez) nie pozostaną suche ;)
2. Namiot TROMVIK II 2.0: namiot, który nigdy mnie jeszcze nie zawiódł. Ultralekki (2,15kg), bardzo przestrzenny jak na dwójkę: zmieściliśmy się w trzy osoby z bagażami (na ciasno), tak więc dla dwóch będzie miejsca z zapasem. Do tego dochodzą jego świetne parametry wodoodporności: nie miałem sytuacji, w której deszcz pokonał tropik od Tromvik II. Wisienką na torcie jest mnóstwo kieszeni wewnątrz komory oraz podwieszana pod sufitem półka. Nie miałem jeszcze tak komfortowego namiotu, który łączy jednakowo niezawodność, świetne parametry techniczne oraz dobrą cenę.

3. Wyjazd do Irlandii był moją pierwszą okazją, żeby zabrać na wyprawę śpiwór puchowy NORDKAPP 300 od Fjord Nansena. Do tej pory korzystałem wyłącznie z ich śpiworów syntetycznych – i muszę przyznać, że są naprawdę świetne. Dlatego pełen nadziei postanowiłem spróbować puchu. I nie zawiodłem się. Nawet zimne, deszczowe noce w Irlandii nie były w stanie mnie zaskoczyć – komfort termiczny był doskonały w każdych warunkach. Śpiwór jest lekki – waży zaledwie 700 g – i kompaktowy, więc nie zajmuje wiele miejsca w plecaku. Mimo dużej wilgotności, towarzyszącej nam podczas całej wyprawy, nie zauważyłem by ucierpiał na tym jakkolwiek puch, wypełniający śpiwór. Całą podróż transportowałem śpiwór w worku wodoszczelnym a konkretnie DRY BAG 20L. Moje towarzyszki wyjazdu także zdecydowały się na model Nordkapp i były równie zachwycone. Idealny na wyjazdy, gdzie liczy się komfort, niska waga i łatwość transportu – niezależnie od pogody.
4. Wełna Merino. Gdy się krótko zastanowiłem, mogę podzielić moje podróże na przed merino i po merino. I tym razem bielizna od Smartwoola przeszła testy bojowe. Wytrzymałe, oddychające, grzejące, kiedy trzeba, a kiedy trzeba chłodzące: kalesony, legginsy, skarpetki, czapki. Ogromną ich zaletą jest także odporność na deszcz: mimo wilgoci, dalej spełniały swoje zadania.
5. Poncho: rzecz, o której zapomnieliśmy, a bez niej nie dałoby rady na miejscu. Na szczęście kupiliśmy już na miejscu. Dodatkowa osłona plecaka i całego zawartego w nim dobytku oraz samego siebie. Kupione przez mnie w Irlandii poncho już przestało istnieć, więc następnym razem zdecyduje się na propozycje od Fjorda Nansena BACKPACKER PONCHO, który sprawdził mi się już w trudnych, bushcraftowych warunkach.
Nie była to prosta wyprawa, trudności sprawiała przede wszystkim pogoda. Jednakże bez wątpienia jest kierunek dla tych, którzy szukają dzikiej przyrody i przestrzeni do odkrywania własnym tempem. Góry, jeziora, wybrzeża i przytulne wioski pozostają miejscami z dala od tłumów i utartych tras turystycznych. Jeśli wyruszysz tam z odpowiednim nastawieniem i sprzętem, odkryjesz krajobrazy, które zostaje w pamięci na długo, a każdy moment jest po prostu dla Ciebie.
Staszek "Stanley" Sikora z Tuttu Katowice
Polecane

Śpiwór puchowy NORDKAPP 300 XL RIGHT 4°C / 700 g
Promocja
Buty RUSH TRK GORE-TEX WOMEN

Buty TX GUIDE LEATHER MEN
Promocja

